Wyżej niż Everest, cz. II

Wyżej niż Everest, cz. II

Sukces nie polega na pokonywaniu innych, ale na pokonywaniu samego siebie, mówi Przemek Czołba, dyrektor pionu Oracle. I po taki sukces sięga w górach i w biznesie. Zdobycie upragnionego celu zawsze wymaga wysiłku, jednak uczucie towarzyszące samemu wejściu na szczyt – także metaforyczny – warte jest wszelkich poświęceń. Jak znaleźć w sobie siłę i motywację do walki z pojawiającymi się trudnościami? Przeczytajcie drugą część wywiadu z Przemkiem. Zapraszamy!

Mówi się, że góry bardzo kształtują charakter. Czy zmieniły także Twój? Czego Cię nauczyły?

P.Cz.: Każde wyjście w góry wiąże się z ogromem przygotowań. Wyprawa na Aconcaguę trwała trzy tygodnie, a przygotowywałem się do niej przez rok. Bez dwóch zdań góry uczą cierpliwości, determinacji, dyscypliny i staram się wykorzystywać to później w pracy.

Podobno też pokory…

P.Cz.: Mnie chyba jeszcze jej nie zdążyły nauczyć (śmiech). Wszystko przede mną. Pokorę oczywiście trzeba mieć. Czasami należy się poddać i odpuścić, bo jest zła pogoda albo organizm nie zaaklimatyzował się wystarczająco dobrze. Ja się nigdy nie poddaję. Jeśli wybieram się na jakąś górę – to na nią wchodzę. Tak było do tej pory i mam nadzieję, że uda się utrzymać tę passę.

Za co się kocha, a za co nienawidzi gór i pracy?

P.Cz.: Lubię sprawdzać siebie, odkrywać swoje możliwości na nowo, przekraczać swoje granice – to dają mi góry i moja praca. Każdy projekt, każde negocjacje – podobnie jak w górach – to jakiś szczyt, o który walczymy. Trzeba jednak pamiętać, że podpisanie nowego kontraktu to dopiero przedszczyt. Później chwilę schodzi się w dół, bo cieszymy się z nowego projektu, ale jest jeszcze coś wyżej i dalej i powinniśmy zrobić dobre podejście, żeby osiągnąć szczyt, czyli zakończyć projekt z sukcesem. W obu przestrzeniach mogę realizować siebie. Obierać swój cel i dążyć do jego realizacji. To, czego nie lubię w obu przypadkach, to chyba poczucie bezsilności. W pracy i w górach nie mam wpływu na wszystko i czasami wiele rzeczy, niezależnych ode mnie, idzie nie tak, jakbym tego chciał.

Skoro jesteśmy przy szczytach… Jakie emocje towarzyszą Ci, kiedy już zdobywasz swój cel?

P.Cz.: To jest totalna euforia! Zapomina się o wszystkim. Nie czuję wtedy bólu, zmęczenia… to wszystko znika. Mam 15 minut na to, by zachwycić się widokami, zrobić kilka zdjęć. Często się wzruszam i myślę, jakim cholernym szczęściarzem jestem, że mogę tutaj być. Myślę o rodzinie, przyjaciołach, o stresie moich rodziców, o rozstaniu z żoną i tęsknocie. Moi bliscy pozwalają mi realizować pasję, która wcale nie jest łatwa. To też ich ogromne poświęcenie, trud – i to mnie najbardziej wzrusza.

Jak po takiej euforii wrócić do rzeczywistości?

P.Cz.: Trzeba szybko wystudzić głowę, wziąć dwa głębokie wdechy, bo to jeszcze nie koniec. Za chwilę czeka zejście, które również wymaga bardzo dużej koncentracji. Większość wypadków, także tych tragicznych, zdarza się podczas zejścia. Mój wypadek w Austrii też był w drodze powrotnej.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w górach i w pracy?

P.Cz.: Osiągnięcie celu. Na swoim fanpage’u na Facebooku opisuję przygotowania do kolejnych wypraw i postępy podczas wspinaczki. Wszystkie komentarze bardzo mnie motywują i są dla mnie bardzo ważne. Często czuję pewien rodzaj odpowiedzialności i myślę, żeby tych wszystkich osób, które mi dopingują, nie zawieść. Podobnie mam w pracy – chciałbym, żeby wszyscy byli zadowoleni. Nie wiem, w jakim stopniu mi się to udaje, a w jakim nie. Natomiast zawiedzenie kogoś jest dla mnie porażką. Pewno ciężko by się wracało z wyprawy, na której nie udałoby mi się zdobyć szczytu.

A co Cię najbardziej motywuje?

P.Cz.: W górach po prostu zdobycie szczytu, w pracy bezpieczeństwo organizacji. Staram się mieć poukładany i wystarczająco duży backlog. Perspektywa na przyszłość jest, mamy bardzo duże projekty, rozwijamy się. To daje poczucie bezpieczeństwa, które jest dziś ogromnie istotne.

Jaka była Twoja największa górska przygoda?

P.Cz.: To była właśnie pierwsza wyprawa i pamiętny wypadek. Z wysokości 3,5 tysiąca m n.p.m. zabrał mnie śmigłowiec, leciałem prawie godzinę. Potężna adrenalina i ból sprawiły, że kompletnie tego nie odczułem. Wylądowałem w prywatnej klinice sportowej. Nastawili mi bark. Uregulowałem rachunek i zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem. Pamiętałem tylko nazwę hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Okazało się, że był on oddalony 120 km od miejsca, do którego zostałem przewieziony podczas akcji ratowniczej. Powrót Michał i Mietka (naszego przewodnika) do hotelu też nie obył się bez przygód. Podczas startu śmigłowiec zdmuchnął ich plecaki w przepaść. Chłopaki w drodze powrotnej nie mieli picia, jedzenia, dodatkowych ubrań. Okropnie przemarzli, ale na szczęście nic złego się nie stało.

Czy teraz, po tych kilku latach wspinania się, masz jakąś metodę na góry, strategię wspinaczkową? Może dziś bardziej je rozumiesz?

P.Cz.: Staję się coraz bardziej samodzielny. Potrafię sam się przewiązywać, nie potrzebuję ciągłej asekuracji. Od jakiegoś czasu bardzo polubiłem lodospady. To przyjemne uczucie wspinać się po pionowej lodowej ścianie. Wchodziłem dwa razy na ten sam lodospad i on za każdym razem wyglądał w moich oczach zupełnie inaczej. Nawet inaczej się po nim wchodziło. Dlatego ciężko mówić o metodzie. To jest jak z projektami, które już zgodnie z definicją są czymś niepowtarzalnym. Nawet jeśli w projekcie jest ten sam produkt i podobny zakres czynności, to uwarunkowania, wymagania i klient będą różne. Za każdym razem trzeba coś zmienić i coś dostosować.

Każda wspinaczka i każdy nowy projekt czegoś uczą.

P.Cz.: Tak, dają ogromne doświadczenie. Każdy nowy projekt i wspinaczka budują nas i naszą podstawę. Rozszerzają wachlarz naszych możliwości i umiejętności. Za każdym razem – czy to wspinając się, czy realizując umowę – trzeba umiejętnie reagować.

Świat biznesu i świat gór mają bardzo dużo wspólnego, bardzo się przenikają.

P.Cz.: Oczywiście, że tak! W obu przypadkach potrzeba dużej determinacji. W pracy zawodowej też wchodzi się na szczyt – dla każdego może być on zupełnie gdzie indziej.

Czy da się zmierzyć szczyt sukcesu?

P.Cz.: Szczyt sukcesu? Nie wiem, czy taki istnieje. Zawsze można sobie powiedzieć, że osiągnąłem to, co chciałem i więcej mi nie potrzeba, ale czy to oznacza, że nie ma nic więcej do osiągnięcia? Raczej nie. Sukces nie polega na pokonywaniu innych, ale na pokonywaniu samego siebie. Dlatego i w górach, i w pracy staram się pokonać samego siebie, pracować nad sobą i wiem, że jeszcze sporo przede mną.  W biznesie poznajemy różnych ludzi, w górach ta różnorodność charakterów jest nieco mniejsza. Raczej wszyscy są podobni – osoby, które się wspinają, przeważnie wiedzą, po co to robią.

Twoje największe marzenie związane z górami? 

P.Cz.: Chyba nie będę oryginalny w tym zakresie… oczywiście Everest. Staram się dążyć do jego realizacji i obiecuję sobie, że będzie to wisienka na wspinaczkowym torcie (śmiech).

Jakie są Twoje najbliższe plany związane ze wspinaczkami?

P.Cz.: Plany już są, ale na razie nic nie zdradzam – nie chcę zapeszać. 😉